Historia
facebook

Jak w dawnej Polsce z chartami polowano

 

Polowanie z chartami było jedną z ulubionych form zabawy u nas. Jest w nim szczególny urok i związek z polskim temperamentem (...) tego nie uczyliśmy się u nikogo, jest to i w treści, i w formie rzecz polska, przepojona istotą naszej ziemi i duszy.
St. Witkiewicz

 

 

Rzadko kiedy zastanawiamy się nad tym, że pies polskiej rasy to także cząstka polskiej kultury narodowej. Jak głęboko wrósł chart polski w tradycje polskiego łowiectwa?
Pisał już Mikołaj Rej: Azaż nie rozkosz z charty się przejeździć...
(H. Nehring, J. Kehl, Łowiectwo oczami artystów, Warszawa 1989). Pies myśliwski kojarzy nam się z obecnością myśliwego z bronią. Ale nie w przypadku charta. Był on bronią sam w sobie. Jego zadaniem było dogonienie zwierzyny, schwytanie jej i zabicie. Myśliwy zwykle towarzyszył psom konno — musiał być świetnym jeźdźcem, a i nie na byle jakim koniu, aby podołać trudom szaleńczej gonitwy po bezdrożach. Charty na ogół nie aportowały złowionej zwierzyny; myśliwy musiał na zakończeniu pościgu odebrać im łup, nie mógł więc stracić ich z oczu. Łowy te odbywały się na rozległych, wolnych przestrzeniach, jakich nie brakowało zwłaszcza na Podolu i Ukrainie.

Ubysz (1880) pisze: W dawnej Polsce z wyjątkiem okolic górskich, jak Karpackie lub lesistych jak Wielkopolska, prócz Polesia, pełnego leśnych bagien i Litwy, w której aż do czasu osiedlenia się tam kilkunastu rodzin tatarskich, wprowadzających łowy z chartami, ten rodzaj polowania wcale był nieznany — odbywały się one wszędzie, gdzie tylko na to pozwalały większe obszary, nieporośnięte lasem. Działo się to, powtarzam, wszędzie, nie zaś, jak niektórzy mniemają, tylko na rozległych łanach Podola lub stepach Ukrainy. W całej Polsce, z wyjątkiem okolic wyżej przytoczonych, wyprawiano się z zapałem na łowy z chartami, przy których używano też sokołów. Zająca, lisa, sarnę, na Ukrainie suhaka szczwano chartami, wszelką zaś zwierzynę lotną, jak: kuropatwy, przepiórki, porywające się gęsto z przed koni podczas szukania na wydeptanego, lub zrywające się z czaharów kaczki, bekasy, a wreszcie długonogie czaple dla ich w owych czasach do przystrojenia
kołpaków używanych i wielce cenionych piór, chwytały sokoły. Łowy pańskie charciane nigdy nie odbywały się bez sokołów. W ogóle na te łowy nie: „same na kucach goniły panicze" — jak mówi Wojski w Panu Tadeuszu, łecz i sędziwi a poważni mężowie, jak Rewera Potocki, kniaziowie Konstanty Ostrogski i Jeremi Wiśniowiecki, Czarniecki i inni, którzy pewnie dziecinnym igraszkom się nie oddawali. I dalej: Polowanie z chartami o tyle chyba jest istotnie sportem, o ile myśliwy na dzielnym siedząc rumaku, gdy mu poszczuty zając lub lis zniknie z oczu, pragnąc widzieć, jak charty ściągają, jak sypią obroty, jak w końcu biorą zająca, a zwłasz gracza, pociska go, i rozkosz znajduje w szalonym pędzie, którego ostatecznym celem nie doścignienie mety przed innymi, jak na wyścigach, lecz dodanie bodźca chartom w ściganiu. Nam charciarzom nie zależy na pozyskaniu szaraka, lecz o rycerskie zapasy z trudnościami. Jest to rozkosz odrębnego rodzaju, nie ustępująca wcale kniejowej, a przecież i tej wiele zarzucić można. Łowy z chartami nazwano z lekceważaniem sportem, tępieniem zwierza, a czemżeż są dzisiejsze łowy w kniei? Dawniej ogary i gończe grały po lesie, jakoby chór dobranych śpiewaków głoszących pieśń łowiecką, a echo powtarzało owe nie bardzo harmonijne ale do głębi serca poruszające tony. Jakież to dzisiejsze łowy? Spędzą kilkadziesiąt ludzi, którzy wrzaskliwymi, fałszywymi glosy umarłych by z grobu poruszyć mogły, wystraszają zwierzynę, a ta naciskana ze wszystkich stron wychodzi na ustawionych w rzędzie myśliwych, którzy pukają i pukają z przeróżnego rodzaju zabójczej broni, kładą ją trupem, a więcej kaleczą lub pudłują haniebnie. To łowy? — nie — to rzeź. Gdyby charciarzowi z taką łatwością przyszło spotykać się ze zwierzy¬ną, upokorzony uciekłby z pola.
Układanie chartów do polowania było trudną sztuką. Pierwszy podręcznik łowiectwa — Nauka łowiectwa Ignacego Bobiatyńskiego
(1823) zawiera osobny rozdział poświęcony chartom. Oprócz ogól¬nego opisu całej charciej rodziny, autor wiele miejsca poświęcił wyglądowi dobrego charta, odchowaniu szczeniąt i nauce polowania. I tak czytamy: Dobroć charta iakieykolwiek odmiany zależy na tem, żeby był zwinny, silny i odważny: przymioty te poznawać można po cechach zwnętrznych, toiest gdy ma podlugowatą i kościstą głowę,
cienkospiczasty nos, uszy wiszące małe, lub wzdłuż szyi spadające. Nayważnieyszą iest rzeczą aby szczęka dolna mniey była krótsza od górney; bo inaczey z trudnością mógłby chart chwytać i przytrzymać zwierząt. Nadto, powinien mieć szyię długą, grzbiet długi i szeroki. Charcica także powinna bydź piersi mocnych szerokich i zwięzłych. Chart nie maiący piersi mocnych, za niezdatnego uważać się powinien. Niektórzy iednak przenoszą tych, co maią żebro ostatnie dłuższe, uważaiąc takich za mocnych i chyżych w biegu. Ogon ma bydź długi gęstym włosem pokryty i w kółko zagięty. Nogi w ścięgnach pełne, lecz suche, ścięgniste i niekalekie, aby się w biegu nie ślizgały; dla tego powinien mieć nogę zaięczą, palce i pazury ścieśnione, aby w biegu więcey się opierał pazurami, niżeli piętami. Chart polski zaklasyfiko-wany jest do „krótko sierścistych", które pospolicie są składu cien-kiego, czyli iak myśliwi nazywaią charciastego, włosem gęstym a krótkim pokryte. (...) Charty nam znaiome bywają rozmaitego koloru, iakoto: białe, płowe, podżare, u niektórych nogi i koniec nosa czarny. Również znajduią się czarno-strokate, żółto-strokatet podżaro-strokate, popielato-strokate itd. Aby charcięta były dobre, nie odchowywać suki i psa przestarzałego, maiących więcey nad trzy lub cztery łata. Szczenięta od ośmiu lub dziesięciu tygodni, odłączać i karmić rozdrob-nionym chlebem z mlekiem. Jak się zupełnie wzmocnią, przyzwyczaiać do iednego chleba i bulonu wyciągniętego z baranich nóg. Takie iadło dla chartów iest naylepsze, ieżeli maią bydź mocne, zdrowe i nieobwisłego żołądka: co się zdarza od karmienia mięsem, a więcey od nieprzesianey tłuczy. Dla dorosłych chartów nie dawać surowego mięsa, a tem więcey dla młodych: dla iednego charta na dzień dosyć iest półtora funta chleba i po 2 nóżki baranie wygotowane w galaretę. Jeżeli pracuią wieczorem na noc ieszcze się daie po funcie chleba. Żadnych twardych kości do gryzienia nie dawać, boby ostrość zębów psy młode nadwerężały. Charcięta często wyprowadzać w pole, i na dziedziniec owczarni, aby się z trzodą oswoiły. Albowiem psy dorosłe, w zaporze utrzymywane, staią się nawiększemi szkodnikami lada w naymnieyszem zdarzeniu: duszenie zaś owiec lub innego młodego bydła, nie z głodu lub chęci mięsa pochodzi, lecz z zaiadłości. Dla tego od trzech miesięcy charta często wpuszczać na pomieniony dziedziniec owczarni lub zagrody owiec, i napastuiących odzwyczaiać. Aby młode charty nie latały za bydłem, niektórzy przywiązuią im do szyi powrózkiem kawał drzewa, które udarzaiąc psa i ból mu sprawuiąc, przyzwyczaia go rozszerzać nogi, i z tym nałogiem pozostać w ten czas nawet, kiedy bez niego chodzi. Dla tego lepiey iest udzielony mieć dziedziniec przy psiarni i dla chartów.
Nadto postrzegać należy, aby psy w zimie miały ciepłą psiarnią i dobrze wysłaną, latem zaś, żeby mieszkały w cieniu, i często miały zmienianą wodę. Nazwiska chartom nadawane.
Od rączości: Dolot, Doskocz, Pałasz, Pytel, Szastay, Sarna, Lotka, Dzidka, Strzałka, Poprawka itp.
Od zaiadłości; Capay, Chwytay, Ostroząb, Połóż, Dołóż, Łapay,
Porwisz, Scinay, itp.
Od bystrego oka: Sokół, Zoczna itp.
Od cienkiego kształtu: Igła, Szpilka itp.
Od ich przymiotów: Honor, Sława itp.
0 układaniu chartów do szczwania.
Psy te z natury są do szczuwania usposobione, a przeto układanie ich iest łatwe: cała nauka młodych charciąt na tem zależy, aby od szczenięcia ieszcze przyzwyczaiać do posłuszeństwa, i aby na głos i gwizdanie myśliwego przybiegały. Wówczas przystąpić do wyprowa¬dzania w pole na smyczy. Na ten koniec obroża za pomocą sprzążki za szyię się psu zapina. Do przyszytego kolca w górze obroży, przewleka się iednym końcem powrózek gładko skręcony i długi wedle upodoba¬nia: do drugiego zaś końca przywiązuie się taśma, lub sznurek sukienny, w pętlę tak wielką związane, aby myśliwy mógł ią wygodnie na ramie pod prawą rękę wkładać, i za koniec powrózka przewleczony przez kółko, utrzymuiąc go prawą ręką, bliżey lub daley od końca pociągać. Pó ty młodych chartów wyprowadzać w pole i układać, aż nie zostaną posłuszne na głos i gwizdanie szczwacza, oraz postrzegłszy zaiąca lub innego zwierza, bez spuszczenia ze smyczy i krzyku myśliwego Ahyżha!Ahyżha! nie przestaną rzucać się pod gończych. Wtenczas to chyżym biegiem ścigać maią zwierzę, i na glos szczwacza znowu do konia powracać.
Wielu myśliwych układa do tego stopnia posłuszeństwa młodych chartów, iż bez smyczy wolno idą przy koniu: i nim szczwacz postrzeżonego zwierza
nie poszczwa i ich nie zachęci, same nie odbiegała. Sposób ten iest z wielu względów dogodny, lecz do ułożenia chartów nie łatwy, oraz wielkiey znaiomości i doświadczenia wymagaiący (...)
Każdy szczwacz postrzegłszy zaiąca przyczaionego, nie powinien napuszczać chartów na leżącego, lecz go ma zruszyć i wypłoszonego szczwać: inaczey bowiem charty nie postrzegłszy dobrze, przebiegłyby przez zaiąca, który zerwałby się i w inną stroną daleko odbiegł, nimby charty doyśdź mogły.
Dla prędkiego ułożenia można łączyć ze starym chartem i ułożonym młodych dwóch i puszczać w pole na złowionego młodego zaiąca.
Zależnie od rodzaju zwierzyny, na którą polowano, używano pary lub trójki chartów. Taki „zespół" nazywany był w gwarze łowieckiej „smyczą". Charty z jednej smyczy musiały być ze sobą idealnie zgrane, aby mogły skutecznie współpracować w polu.

Ostroróg zalecał także, aby każda smycz miała swojego szczwacza, czyli osobę, która prowadzi je podczas polowania:
Przydatek o szczwaczach
Szczwaczów niema być przy najmniejszym myślistwie mniej nad trzech; nie ma być przy najwiętszym więcej nad piąci. Charty mieć mają, nie możeli być wszystko postrzemienne, przynajmniej pilne, żeby się prędko do swego szczwacza wracali. Dla czego nie ma nikt wodzić chartów drugiego, jedno każdy swoje; a trzeba, żeby każdy miał troje chartów od przypadku, ale trzecie doma zostawować, a na pole ze dwojgiem jeździć żeby je mógł na smyczy mieć, kiedy tego potrzeba.
Przestroga o dojeżdżaczu.
Myśliwczyk, co psów dojeżdża, nie może być dobrym dłużej kilku lat, i dla tego mu coraz podstawka potrzeba. Póki młody, chciwy, niepotlukany, będzie dobry; ale czas prędko tego przytępi, a z tych zaś bakalarzów skoro ucznia wyćwiczy, mają być szczwacze.
Psy z jednej pary (czy trójki) przebywały razem także i w psiarni. Zawsze były starannie dobierane pod względem charakteru, możliwości fizycznych i własnych sympatii. Smycz musiała przecież żyć w całkowitej harmonii, charty musiały się wzajemnie lubić i rozu-mieć. Zwykle do polowania używano dwóch chartów, trzeci pozo-stawał w domu lub — jak w przypadku polowania na wilki — był trzymany w odwodzie do ostatcznego ataku.
Unikano łączenia chartów z różnych smyczy, jeśli nie były do tego wcześniej przygotowane, ponieważ nie dawało to dobrych rezultatów podczas polowania. Jeśli jeden z chartów był niedysponowany, jego towarzysz także nie brał udziału w łowach. W największych polowa-niach potrafiło wziąć udział i dwadzieścia smyczy...
Bobiatyński wspomina także o chartach idących luzem przy koniu i goniących tylko na komendę — nazywano je inaczej przystrzemien-nymi. Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z chartem i zna jego nieokiełznaną pasję pogoni, wie, jak wielkiej pracy i jednocześnie dużego znawstwa trzeba, aby uzyskać taki efekt.
Jednak większość chartów prowadzono na polowanie na specjal¬nych smyczach. Był to długi rzemień, zakończony pętlą, którą jeździec przekładał przez ramię (tak jak czytaliśmy w dość skom¬plikowanym opisie Bobiatyńskiego). Rzemień przechodził przez obroże obu chartów, a jego wolny koniec myśliwy trzymał w ręku wraz z wodzami. Wystarczyło rzucić na ziemię ten koniec smyczy, aby ruszające w pościg charty same się z niej uwolniły (stąd „puszczaj charty ze smyczą...", a nie ze smyczy — zachęcają słowa myśliwskie pieśni).
Charty wracały do myśliwego na dźwięk trąby — rogu. Oto co na ten temat pisał Ostroróg w Myślistwie z ogary:
Ale jeszcze troje trąbienie, o którym pono inszy myśliwcy mało myślą.
Jedno na charty: kiedy szczwaczowi nie rychło się chart wraca, powinien nań trąbić, bo my tak w myślistwie mieć chcemy, żeby każdy szczwacz miał swoje charty, którymi by nikt drugi nie szczwałjeno on sam, a charci, znając trąbę szczwacza swego, wnet go szukać będą, gdzie jego trąbę usłyszą. A to trąbienie ma być inaksze, niż owo w zakładaniu i niż upatrzone: ma je sobie każdy szczwacz wymyślić, jakie chce, byle krótkie; a trąby wszystkie mają być różnych głosów; nacieńsza u tego, co psów dojeżdża, namięższa u łowczego, abo starszego myśliwca, który myślistwem na polu rządzi, a drugie średniemi ale przecie różnemi głosy. Drugie trąbienie bardzo potrzebne jest na przepadnionego zająca, abo na wykradzionego; bo ktokolwiek (go)postrzeże, powinien naprzód naszczuwać głosem swym, po tym stanąwszy na tropie, trąbić gęsto, a krótko, w trąbę zacinając tak, jak na upatrzonego, aż dojeżdżacz ze psy na on trop przybieży
Trzecie jest do uszczwanego abo herapowe: bo ilekroć zająca psi ugonią, abo go charty uszczują (...) którykolwiek z myśliwców abo ze szczwaczów naprzód to obaczy, ma zaraz zatrąbić trąbieniem podobnym strębowane-mu, jedno kęs krótszym, które skoro drudzy usłyszą, mają wszyscy we wszystkie trąby, gdziekolwiek stoją, zatrąbić, a do kupy się brać.
Kiedy obserwujemy sposób, w jaki charty ścigają zdobycz - w
dzi¬siejszych czasach przeżywamy to tylko w postaci namiastki, jaką są terenowe wyścigi chartów - widzimy, że jeden z nich biegnie zawsze jak najbliżej kluczącej ofiary, zmuszając ją do maksymalnego wysiłku i koncentrując jej uwagę na sobie. Tymczasem drugi chart z pewnego oddalenia obserwuje rozwój sytuacji i stara się biec tak, aby przeciąć drogę ściganej przez partnera zwierzynie. Jeśli polowanie powiedzie się — właśnie ten drugi chart zabija zdobycz. Jest to styl pracy właściwy wszystkim bez wyjątku rasom chartów. Charty nigdy nie polują w sforze, tak jak inne psy. Polowanie w stadzie jest tak obce ich naturze, że nawet wypuszczone w większej grupie w pole rozdzielają się po chwili na pary. Jeśli nawet uda im się dostrzec zwierzynę, charty będące zbyt daleko rezygnują z pogoni, a polowanie kontynuują te, które są najbliżej zdobyczy.
W Polsce z chartami najczęściej polowano na zające.





Zdarzały się charty szczególnie zręczne, które potrafiły dojść zająca w pojedynkę — te osiągały najwyższe ceny. Pracę takiego charta opisuje Marceli hr Tyszkiewicz (1881): Widziałem w pierwszych dniach Października, kiedy słońce jeszcze mocno przypiekło, uszczute cztery zajęce jednym chartem, i to w małych odstępach, ów pies ani bokiem nie ruszył ani języka nie pokazał.
Tak o polowaniu z chartami pisał Aleksander Ubysz (1880):
Mamy już tedy charty wychowane i pielęgnowane starannie i umiejęt¬nie, więc łaskawy czytelniku dosiadajmy koni, i dalejże w pole na wydeptanego lub upatrzonego czyli hecowanego, bo już ja stary charciarz inaczej szukać zwierzyny nie umiem. Gdzież można na pewniaka znaleźć zajęca w jesieni? Bardzo to względne, zależy od gatunku gleby, która ma stanowić pole do poszczucia, zależy też od tego, czy jesień jest mokrą lub suchą. Podczas suchej jesieni przesiaduje tam, gdzie mu jego rozum, ha! niech będzie zmysł zachowawczy wskazuje bezpieczne od napaści schronienie. I dalej: Polowałem często na pewnem obszernem, kępami porośniętem pastwisku z łąkami, polami w kolo. Była to rozległa na pół mili dolina, na której oprócz podszytych komeszy porozrzucane były krzaki łozowe. Wyborne pole do polowania z chartami. Ile to tam wziąłem zajęcy, ale mi też czasem uciekały. W jednym z tych małych krzaków zwykł był zawsze przesiadywać kopyra, gracz jakich mało. Szczułem go dobrymi chartami może dziesięć razy, a zawsze uciekał, pomykając czystym, bez kęp, pastwiskiem, dostawał się na dosyć stromy pagórek, i tam gubił charty. Tak był czujny, że zawsze najmniej na 500 kroków wymykał przed koniem. Do pagórka nie było więcej jak 1000 kroków, nim go więc charty wzięły na oko, już był przy nim, i u szczytu nikł jak kamfora, a psy albo stawały nagle poglupiale, lub unosiły się. Pagórek porosły byl chwastami i jeżynami, poprzecinany dołami, z których dawniej musiano wybierać glinę, raczej opokę białą jak kreda. Dołów tych było ośm w dość znacznem od siebie oddaleniu, a wszystkie zarosłe chwastami lub dziką różą. W różnoraki sposób szczułem tego zająca to konno, to pieszo, lecz zawsze się wykpiwał. Rozdrażniło mnie to do najwyższego stopnia, poczęłem więc przemyśłiwać, w jaki sposób mogę rehabilitować moje charty wobec tego zucha, więc urządziłem tak polowanie, że chłopcu ze smyczą chartów kazałem podjeżdżać pod ów krzak łozowy, sam zaś stanąłem ukryty na szczycie pagórka, pragnąc się naocznie przekonać, co się tam z zającem dzieje. Po chwiłi słyszę okrzyki! hejże go! Przypadłem do ziemi, żeby mnie zając nie spostrzegł i nie zmienił kierunku pędu. Stanął, zakołował, i słucha, chartów jeszcze nie było. We dwie minut dawszy ogromnego susa znów stanął, i słuchami strzyże z głową przchyłoną, nie rozglądając się oczyma. Naraz pomyka nazad w miejsce, gdzie był poszczuty, ja też zerwałem się, i bieżąc w skokach wołam: heco! heco! co też charty zrozumiały. Zoczna pierwsza wzięła go na oko, jak szparko między rzadkimi burzanami pomykał, i wzięła go wkrótce w pojedynkę. Usłyszałem też wnet przeraźliwe: kniaź! kniaź! Mądra była taktyka gracza. Wymykał rączo, odsądzał się daleko, a gdy charty pogubił, zamiast w dalszym pędzie uciekać, stawał, nasłuchiwał, a potem smyk na powrót trawami do kotliny, i tak jakoś się udawało, dokąd nie znalazł się rozum na rozum. (...) Miałem w innej stronie innego gracza zająca, który zwykł przesiadywał o kilkaset kroków od małego, dobrze podszytego lasku, i kilkakrotnie wymykał mi się w jednakowy sposób, mianowicie pomknąwszy dosyć daleko od konia pędził jak strzała do lasu, i tam się ukrywał. Raz zajechawszy od lasu, chciałem go poszczuć na sztych, lub jak niektórzy mówią w oczy. Zając ów nie siadywał, jak poprzedni zawsze w jednem miejscu, owszem raz był w podszytej komeszy, to znowu między kępami. Stanąwszy tedy od lasu, począłem zwolna podjeżdżać ku miejscom, gdzie przebywał, to tu, to tam, lecz nigdzie go nie było. Myślałem już, że często niepokojony wyniósł się, gdy w tem charcica, która naprzód konia była wybiegła, pomknęła z miejsca w tył. Szybko zwróciłem konia i spostrzegłem, że ściga tego samego zająca, który się odznaczał białością podobną do siwizny. Dziwiłem się, iż psa przy niej nie widzę, a po chwili widzę, że chart dobiegł po sam brzeg lasu, odwrócił się frontem ku stronie, z której pomyka zając, a za nim charcica. Zając pewny swego, zbliża się do lasu, a w tejże chwili chwyta go chart, który widocznie obmyślił naprzód pian natarcia. Pewnem jest, że zając używa sztuczek swoich tylko w polu, czy to, iż w lesie ich nie potrzebuje, czy też lekceważąc psy gończe i nagonkę. Chart też okazuje więcej sprytu w łowieniu, jak ogar, gończy lub wyżeł. Fortele ocalają nieraz gracza — zająca, ale najczęściej w końcu wiodą go do troka i na kołek.
Bohaterem wydanej w 1854 roku we Lwowie powieści wierszem autorstwa Mieczysława R. Chart Watażki (z podtytułem Opowieść starego towarzysza z kresów) jest chart Żmyja co (...) w pojedynkę brał szaraki / Lisa panie brał z wertepu / W stępie bujał jak król stepu.

Chart ten dał dowód niebywałej inteligencji i przywiązania, uwal¬niając swego pana z tatarskiego jasyru. Żmyja tak spisywał się na polowaniu:
A w tem chłopak do nas woła:
„Panie! szarak w skibie leży,
A nuż! niech się z chartem zmierzy".
My w czwał: ,,he-co!" kółkiem jedziem,
Na rzemieniu charta wiedziem,
A po „he-co" chart weselszy.
Nos do wiatru, uchem rzuca,
Okiem wodzi coraz śmielszy,
A Watażka smycz przykróca:
„Wydżha!!!" spuścił, chart po roli,
Za szarakiem w lot sokoli
Pomknął panie jakby strzała,
Że aż ziemia zaświstała;
Lecim, pędzim, szarak w nogi,
Przez zagony, przez rozłogi,
Śród paździerzy ledwie miga,
Chart tuż za nim, wciąż go ściga,
Ale zając w stepie znany,
Przytem znać już nieraz szczwany,
Wciąż się nowych zwrotów imał,
Chart go prawie w pysku trzymał,
On się zwinął, ciął kominka,
Pod psa skoczył, skręcił młynka,
Poza charta ruszył bokiem,
I już polem mknął szerokiem.

 

„U! gracz, widzę to nie lada".
Pan Watażka znów zagada:
„Zmyka dobrze, zwinna sztuka,
Lecz dla charta to nauka".
I spiął konia, z bata klasnął,
„Wydżha! wydżha!" znowu wrzasnął
My w czwał za nim, trudna rada,
Ile razy chart przypada,
Zając umknie, wytnie susa,
I umyka bieda kusa.

 

Pędzim, konie pomęczone,
Bo pędziło się niemało.
A znasz bracie tamtą stronę:
Step! gdzie oko zasięgało.

 

Wróćmy do Ubysza (1880):
Gdy mróz w listopadzie ściśnie ziemię nie pokrytą na kilka cali śniegiem, to polowanie z chartami jest niemożliwem. Polowanie w tej porze nazywa się po łowiecku na ostrym polu. Zając ma już wtedy podeszwy grubo włosem podbite, może przeto bez szwanku nawet po ostrych kamieniach pomykać, i pewnie wymknie się chartom, które niemiłosiernie się podbijają i kaleczą, a co najważniejsze, zsadza pazury z łap przednich i zadnich, o których znaczeniu i potrzebie wyżej nadmieniłem. Charta bez pazurów porównać można do strzelby z łożem i zamkami, ale bez luf. Nie mniejsze grozi chartowi niebezpieczeństwo ścigania za zwierzem w zimowej porze, gdy na powierzchni śniegu utworzy się gruba lodowa skorupa, której zając i lis nie przebija, chart zaś bałluje się, zapadając po brzuch, zwierza wziąć nie może, kaleczy sobie łapy, i staje się na długi czas niezdatnym do łowów. Są to wprawdzie dobrze znane reguły, przytoczyłem je jednak w celu przypomnienia szczególnie młodym często bezwzględnie na każdem polu i w każdej porze polującym.
Zimą polowano także i na lisy. Kiedy śnieg był zbyt głęboki i psy szybko zmęczyłyby się towarzysząc koniom, po rogrzewce zabierano je na sanie i starannie okrywano, by nie zmarzły.

Gdy myśliwi wytropili lisa na polu, zataczali saniami wokół niego coraz ciaśniejsze kręgi. Wszystko odbywało się w całkowitej ciszy, aby nie spłoszyć zwierzyny. Kiedy znajdowali się dostatecznie blisko — wypuszczali charty z sań w pościg. Było to polowanie bardzo emocjonujące i widowiskowe.
Czytamy u Ubysza (1880): Żadne polowanie nie ma takiego uroku, jak na lisa. Reguł stałych w niem bardzo mało, lecz wyjątków niezliczona ilość, np. reguła każe lisa objeżdżać, ale lis raz już szczwany żadną miarą objechać się nie da. Objeżdżanie odbywa się w ten sposób, że się okrąża lisa robiąc coraz węższe koło, a następnie zbliżywszy się szczuje. Trzeba więc takiego lisa zaraz uciekającego albo na przełaj najechać, lub też w ukrytem miejscu oczekiwać wracającego do nory. Jak ostrożnym i przebiegłym jest lis raz już szczwany, dowodzi przysłowie powszechnie używane zastosowane do człowieka przebieg-łego, mówi się o nim: to lis szczwany! Na poparcie twierdzenia o przezorności szczwanego już lisa, przytoczę własną przygodę. Pewnego dnia w Styczniu wybrałem się ze świtem z chartami na lisa. Taka wyprawa odbywa się zawsze nie konno lecz saniami prostemi bez literek lub drabin, aby chart wyskakując (jak to sam już doświad¬czyłem) nie złamał lub zwichnął nogi między szczeblami. Najlepsze do tego celu są sanie łubem wykładane, jakie wyrabiają w Kamionce Strymułowej. Konie powinne być założone w proste szleje, a naszyjniki nie łańcuchowe, lecz z postronków lub skręconej nici. Charty o ile możności starannie kocami przykryć należy, upiąć na smyczy nie tej, jakiej się używa do konia, ona bowiem za długa, więc chart mógłby się w niej splątać, lecz na krótkiej rzemiennej, którą zresztą lada cienki a niewęzłowaty sznur zastą pić zdoła. Dobre przykrycie psów z dwóch powodów jest koniecznem, naprzód dla ogrzania ich, następnie dla odjęcia im widoku na pole, w przeciwnym razie zrywałyby się przy każdej innej sposobności. Jechać trzeba jak najciszej, wszelkie poga¬danki winne być zaniechane, więc tylko półgłosem można woźnicy wskazywać kierunki jazdy. Niecierpliwi myśliwi zwykle poszturkują niespokojnie poruszające się pod kocem charty, a one skowyczą, to dostateczne, aby wyborny słuch lisa ostrzegł go o niebezpieczeństwie, a w takim razie zadrze kitę, i rusza na cztery wiatry (...) [Lis] Rusza dalej, zbliżywszy się na sto kroków do sterty staje, a ja go wskazuję chartom, porwały się z miejsca, mój Piorun chart na pierwsze przywitanie jak utnie piersią w lisa, aż podleciał do góry, a potem poprawiwszy za kark ścisnął, i już wyzionął wraz z życiem wszystkie obmyślane a nie wykonane zbrodnie.



Szkoda więc, że nasz filmowy Michał Wołodyjowski „uszczwal" lisa dwoma... niemieckimi wyżłami! Czyżbyśmy tak zupełnie zapomnieli o naszych tradycjach?
Z chartami Sarmaci polowali również na wilki. Szczytem łowiec¬kiego kunsztu było złowienie wilka żywcem. Używano wówczas na ogół trzech chartów. Dwa puszczano w pościg za wilkiem, trzeci pozostawał na smyczy przy koniu. Spuszczano go dopiero wtedy, kiedy wilk zmęczony ucieczką dawał się osaczyć goniącym go chartom. Trzy charty miały za zadanie unieruchomić wilka tak, żeby towarzyszący im konno myśliwy mógł mu skrępować pysk i łapy. Sukces tego polowania zależał w dużej mierze również od koni — nie mogły bać się wilka. Używano więc specjalnie szkolonych wierz¬chowców - przyzwyczajonych do obecności swego odwiecznego wroga w zagrodzie.

A oto co na temat polowań na lisa i wilka ma do powiedzenia hrabia Tyszkiewicz (1881):
Psy te są najwy trwalsze na zimno, i do sanek na lisa jedyne, a dobrze uszczute to i wilka biorą. Mówię to z doświadczenia bo miałem dwa kuse psy (...), którymi trzy wilki jednej jesieni wziąłem. Pierwszego trzeba było prawie końmi sforsować, drugiego już lepiej brały, a trzeciego jak lisa rozciągnęły, jeden; trzymał za ucho, drugi za zad.
W Charcie Ubysza (1880) czytamy:
Wilka weźmie tylko chart dużej rasy, osobnej, jaka dawniej częściej, dziś rzadziej chowaną bywa na Ukrainie. Ani na Podolu, ani w całej zresztą Polsce nie trzyma się wilk pól otwartych, lecz przebywa w borach, gdzie się też wywodzi. Stepy Ukrainy i Pobereża lub Besarabii, słynne łanami burzanów i bodiaków, często do pięciu metrów wysokości gałęzias to się podnoszących, dają wilkom schronienie i spo¬kojne gniazda szczeniącym się waderom (...) Tak samo [jak Kozacy] polowali Polacy, a mianowicie towarzysze chorągwi pancernych dla strzeżenia granic na stepach stojący, których nazywano kresowymi. Brali oni wilki na hasy, a polowanie takie zwało się hasami, bo też dzielnie trzeba było hasać na koniach, nim się udało żywcem wziąć wilka. Polowano też na wilka z chartami, których z powodu swego znacznie wyższego od innych chartów wzrostu używano tylko na wilka lub suhaka, taki bowiem chart użyty na zająca wyczerpał swe siły, których wiele trzeba było na wilka. Nigdy więcej nie puszczano chartów na wilka, jak cztery. Poszczuty basiur, szarpany ze wszystkich stron, rzadko kiedy zdołał pochwycić zręcznego charta to szarpiącego, to zwinnie w bok odskakującego, na którego gdy rozżarty wilk się rzucał, drugi chart korzystając z tej dystrakcyi, szarpał go zajadle. Trwało to tak długo, dokąd wilk zmęczony do upadłego, zjajany w końcu już nie mógó użyć szczęki do kąsania, wtedy porwany za kark przez najsilniej¬szego charta bywał na śmierć duszony, podczas gdy inne charty wańtuch mu zaciekle szarpały. Takie charty wilczarze były wysoko cenione. Niektórzy twierdzili, iż charty wilczarze wytworzyły się w skutek przypuszczania wilków chowanych do suk charcich. Przypusz¬czenie to ma wiele za sobą prawdopodobieństwa, różnią się bowiem te charty od innych nie tylko wzrostem, ale też odpowiednią ich wyniosłej postawie grubością kości, lubo nie są pozbawione zwykłych cech charcich, jak np. podkasalości i t.d. Uszy ich zawsze kołpakiem stojące, nigdy na chwilę nawet nie spuszczone tak jak u wilków. Są zwykle ponure, nadzwyczaj złośliwe, i nie każdemu, choćby nawet dobrze znanemu człowiekowi pozwolą się wziąć na smycz.
Zofia Kossak (Dziedzictwo) tak opisuje dziewiętnastowieczne polowanie z chartami, tym razem na... dropie:
...owe wielkie ptaki do żurawi podobne, na które podolscy dziedzice polują jesiennym świtem z chartami. Nocny przymrozek skleja ptakom pióra—uciekają na piechotę, niczym afrykańskie strusie, aż rozgrzaw¬szy się rozpostrą skrzydła.
Tylko takie uciekające na piechotę ptaki mogły stać się łupem chartów. Emocja polowania była tym większa, że nigdy nie było wiadomo, kiedy drop poderwie się do lotu.

Z chartami polskimi polowano też i na sarny jak możemy przekonać się studiując Myśliwca Bielawskiego:
...Praweś się w polu ozdobił: czteryś ty ugonił sarny.
Oto co na ten temat pisze Ubysz (1880): Trzeba było z większym od siebie, na wyższych osadzonym nogach, zatem rączszym Suhakiem na całą prawie długość jego korpusu się zrównać, aby pochwyciwszy za gardło powalić na ziemię i udusić. Innego sposobu wzięcia go nie było. Podchwycenie z boku nie byłoby dostatecznym, bo Suhak siłą fizyczną, a zwłaszcza w pędzie, o wiele przewyższał choćby najroślejszego charta. Służyć ono mogło chyba za obrót czyli za rodzaj złamania jego pędu w celu powstrzymania go, zrównania i następnie rzucenia się na gardło. Takim sposobem nasze teraźniejsze charty łowią sarny, co wszakże także nie jest łatwem. Chart do tego rodzaju łowów musi być wprawiony czyli wszczuty.

 

O tym, że polowanie z chartami było wrośnięte w tradycję łowiecką na ziemiach polskich, nie trzeba chyba już nikogo przekonywać. Ale jakie temu towarzyszyły emocje!
Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,
Bo tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła
Na partyję Kusego bez litości wsiedli:
Spór byl wielki, już potraw ostatnich nie jedli.
Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,
A najstraszniej Pan Rejent był zacietrzewiony:
Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoją tokował
I gestami ją bardzo dobitnie malował
(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,
Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).
Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,
Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,
Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.
Właśnie rzecz kończył: „Wyczha! puściliśmy razem
Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kurki
Jednym palcem spuszczone u jednej dwururki;
Wyczha! poszli, a zając jak struna — smyk w pole,
Psy tuż (to mówiąc ręce ciągnął wzdłuż po stole
I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),
Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;
Sokół smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,
Wysadził się przed Kusym, o tyle, o palec;
Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,
Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;
Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,
Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,
A on znowu fajt w łewo, jak wytnie dwa susy,
Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy
Cap!!” — Tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,
Z palcami swymi zabiegł aż do drugiej strony
I „cap!" — Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem(...)
Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:
„Prawda — rzekł — mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,
Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."
„Chwytny? — krzyknął pan Rejent — mój pies faworytny
Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu
Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,
Żałował, że go tylko widział idąc z lasu
I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.
Na to zdrżal Asesor, puścił z rąk kieliszek,
Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.
Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy
Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,
(...) Lubił bardzo myślistwo, juz to dla zabawy,
Już to że odgłos trąbki i widok obławy
Przypominał mu jego lata młodociane,
Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;
Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,
I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.
Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,
Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:

 

„Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...
Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,
A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?(...)

 

I dalej:

 

Konia — zawołał Rejent — stawię konia z rzędem
I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,
Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".
„Ja — rzekł Asesor — stawię me złote obroże,
jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,
I smycz tkany jedwabny, którego robota
Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.
Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci
Jeślibym się ożenił: ten sprzęt mnie darował
Książę Dominik, kiedym z nim razem polował
I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem
Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.
Tam, bezprzykładną w dziejach polowania sztuką,
Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.
Polowaliśmy wtenczas na kupiskim błoniu;
Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;
Zsiadł i objąwszy sławną mą charcinę Kanię,
Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,
A potem trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,
Rzekł: 'Mianuję cię odtąd Księżną na Kupisku”. —
Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa
Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa.

 

A samo polowanie...

 

Tu Wojskiemu przerwał krzyk: „Wyczha!" Tuż spod koni
Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokół goni.
Psy wzięto na obławę wiedząc, że z powrotem
Na polu łatwo można napotkać się z kotem;
Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota postrzegły,
Wprzód nim strzelcy poszczuli już za nim pobiegły.
Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć;
Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: „wara! stać i patrzeć!
Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę;
Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole."

 

W istocie, kot czuł z tyłu myśliwych i psiarnie,
Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie,
Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty,
Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty.
Rzekłbyś, że ich nie ruszą, tylko ziemię trąca
Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca.
Pył za nim, psy za pyłem; z daleka się zdało
Że zając, pył i charty jedne tworzą ciało:
Jak by jakaś przez pole suwała się żmija,
Kot jak głowa, pył z tyłu jakby modra szyja,
A psami jak podwójnym ogonem wywija.
Rejent, Asesor patrzą, otworzyli usta,
Dech wstrzymali; wtem Rejent pobladnął jak chusta,
Zbladł i Asesor, widzą —fatalnie się dzieje,
Owa żmija im dalej, tym bardziej dłużeje,
Już rwie się wpół, już znikła owa szyja pyłu,
Głowa już blisko lasu, ogony — gdzie z tyłu!
Głowa niknie, raz jeszcze jak by kto kutasem
Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.

 

Biedne psy, ogłupiałe, biegały pod gajem,
Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem;
Wreszcie wracają, z wolna skacząc przez zagony,
Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony
I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,
I zamiast iść do panów, stały na uboczu.

 

Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,
Asesor rzucał okiem, ale niewesoło,
Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić:
Jak ich charty bez smyczą nie nawykły chodzić,
Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty
Na roli, gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty,
Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.

 

Tyle o polowaniu z chartami z Pana Tadeusza. Kusy i Sokół były to z pewnością dwa polskie charty. Dobre charty osiągnęły wysokie ceny, ale kupienie takiego psa nie było wcale łatwą sprawą.
Ubysz (1880) wspomina:
Kto kupował charty, wie dobrze, że jak nieraz za drogie pieniądze dostał pokurcze do niczego niezdolne, lub pełne kształtów i obiecujące, a jednak liche, łowiące jakiegoś z kilkunastu zajęcy, i to młodzika. Jak w handlu końmi są szalbierze, umiejący konie z mnóstwem wad sprzedawać jako czyste i dobre, tak też się dzieje i w handlu z chartami, który jest ich specjalnością, znaczne często przynoszącą zyski.
Zacytujemy jeszcze raz Marcelego hr. Tyszkiewicza (1881):
...a jeszcze u A. Abr. byl pies od Tatara Bielaja, po którym sława została. Jedyny to byl dobry chart, którego Bielaj do nas przy¬prowadził, a jak pamiętam co roku na jarmark Berdyczowski przyjeż¬dżał z wielbłądami, winogradem, z kursowym koniem, i co najmniej parę chartów miał z sobą, a zawsze sprzedał, bo były ślicznie utrzymane, ale później okazały się tiahunami. Tiahunem nazywają takiego charta, który potrzebuje pół mili, a czasem i więcej, żeby złapać, a raczej zamęczyć zająca. Mojem zdaniem jest to nieszczęście posiadać takie charty, ale znałem i takich, którym tylko ten rodzaj chartów się podobał, niechajże się p. Ubysza rady trzymają i bez trąbki nie ruszają w pole.
Literatura polska posiada w swoim dorobku niejedno zajmujące dzieło. Bez wątpienia jedynymi w swoim rodzaju są Pamiętniki Jana
Chryzostoma Paska, pisane u schyłku XVII wieku. Otóż ten zawołany gawędziarz w swoim licznym i różnorodnym zwierzyńcu miał i charty:
Do myślistwa zaś charty, rozmnożyłem sobie był gniazdo chartów od brata mego, pana Stanisława Paska z ziemi sochaczewskiej; które charty były i piękne i rosłe, a przy czem tak rącze, że nie trzeba było nigdy zmykać do zająca i do liszki, tylko jedno któregokolwiek na przemian, jednak do każdego zająca inne, a nigdy zając nie uciekł; do wilka zaś, to już pospolitem ruszeniem, i takie to bywało przysłowie u myśliwych sąsiadów moich „że to nieszczęśliwy zwierz który się z panem Paskiem spotka, bo mu się już nie dostanie uciec (...) W Milowczycach mieszkając — pisze też — była arenda wyciągniona, lata tanie, straciłem na tej arendzie więcej niż 2000 złotych; z tegom tylko tam był rad, żem liszek szczwal bardzo siła, trojgiem chartów bez gończych psów, a woziłem po trzy, po cztery na dzień.
Polowanie z chartami, wbrew temu, co mówi się o nim obecnie, wcale nie stanowiło dla zwierzyny wielkiego zagrożenia. Pamiętajmy o tym, że były to zmagania zwierzęcia ze zwierzęciem. Charty męczyły się stosunkowo szybko, nawet te najlepsze, więc nie szczuto ich częściej niż kilka razy w ciągu dnia, a po męczącym polowaniu potrzebowały dnia odpoczynku. Zresztą tylko jeden pościg na kilka bywał uwieńczony sukcesem. Z pozostałych zwierzynie udawało się ujść cało. Tak więc trofea z polowań z chartami są znikomo małe w porównaniu z hekatombą, jaką potrafią urządzić nieszczęsnym zającom współcześni, uzbrojeni w broń palną myśliwi.
Czasy świetności chartów polskich minęły bezpowrotnie pod koniec XIX wieku, kiedy postępująca parcelacja gruntów, ogrodze¬nia pojawiające się w miejsce rozległych, wolnych przestrzeni, zaczęły przeszkadzać w pościgu za zwierzyną. Wydane zostało nawet w okresie międzywojennym rozporządzenie Prezydenta Rzeczypos¬politej, ograniczające polowanie z chartami do obwodów łowieckich
o obszarze nie mniejszym niż 2000 ha. Znacznie ograniczone pogłowie chartów pozostało w niezbyt licznych psiarniach szlachty, rozmiłowanej w tradycji, zwłaszcza w Polsce południowej, na Podolu
i na Ukrainie.
Aż do drugiej wojny światowej polowano z chartami w województ¬wie kieleckim w majątku pp. Niemojewskich — był on ostatnim bastionem charta polskiego. Wojciech Marylski tak opisuje swoją wizytę u Niemojewskich: Staropolską gościnnością i polowaniami z psami zasłynęły na całą Polską dobra Wloszczowskie, Olesznieńskie, Wolskie i Lasocińskie.(...) Poza polowaniem z naganką lasy Oleszna, Woli Świdzińskiej, Lasocina dają możność już tak dzisiaj rzadkiego polowania z gończemi na jelenia, dziki i kozły, a parę smyczy chartów, zachowanych dla tradycji, dają emocję uszczucia zająca na szybkich, pełnej krwi wierzchowych koniach.
I jeszcze wspomnienia Witolda Woyniewicza z polowania z char¬tami w 1938 roku:
Kto z myśliwych w Polsce nie słyszał o ś.p. Sergiuszu Niemojewskim, wielkim panu i myśliwym, który w pamięci wszystkich, którzy go znali, pozostawił na zawsze niezatarte, barwne, pełne rozmachu wspomnie¬nia. Wśród wielu rodzajów łowów ukochał i troskliwie u siebie pielęgnował polowanie z chartami. Piękna ta tradycja minionych lat, na ziemiach polskich, na rozległych, w rodzinnych stronach moich, przestrzeniach stepów ukraińskich umiłowana, w czasach obecnych zanika niestety szybko i niewielu jest już u nas ziemian, którzy hodują charty dla celów myśliwskich.
A trudnoby znaleźć porównanie do tych wrażeń, które odczuwamy gdy, siedząc na dobrym koniu, trzymamy w dłoni smycz chartów, gdy zerwie się kot w brózdy, a charty ręką myśliwego wypuszczone, pomkną za nim. W takich chwilach zapominamy o wszystkiem, zatracamy poczucie czasu i przestrzeni łączymy się z otaczającem nas życiem w jedną całość, poprzez którą mkną urocze obrazy i wrażenia, a te raz w życiu zakosztowane budzą tęsknotę, by przeżyć je na nowo.
Nic dziwnego, że, gdy otrzymałem od przemiłego pana Konrada, syna ś.p. Sergiusza Niemojewskiego, wiadomość o polowaniu z char¬tami w Olesznie, radość ogarnęła mnie wielka. Myśli moje wybiegały naprzód do tych chwil, które miałem przeżyć, daleko poza szosę, po której mknęło auto, mijając Piotrków, Radomsko, Włoszczowę i nawet te ostatnie kilometry polskiej drogi po jesiennych deszczach, po przebyciu której czarny wóz zrobił się jasno-popielatym, nie zdołały zamącić radosnego humoru, z którym podjechałem pod gościnny pałac w Olesznie. Pomimo że jesienny dzień począł już szarzeć, podano wierzchowe konie, a gospodarz, po wypiciu strzemiennego z tradycyj-nego koziołka oleszniańskiego, zaprosił na polowanie. — Miała to być mała próba pola i zaostrzenia apetytu na jutrzejsze łowy.
Pan Konrad hoduje piękne folbluty (...) podano mi pod siodłem wspaniałego Parbleu, syna Bafoura, czołowego ogiera stada. — Sześć chartów, smukłych jak hollywódzkie girlsy, na trzech smyczach szło obok koni. W polu ich miłe ślepia zaiskrzyły się, uszki się podniosły, jak dwa małe skrzydełka, a długie, ostre pyski nabrały wyrazu zaciętości. — Szliśmy stępa linią w sześć koni przez zaorane pole, wyrwał pierwszy kot — „Heć!", „Heć!"—spuszczona pierwsza smycz, pomknęły psy i konie, wyrzucając z pod kopyt grudy pulchnej, ciężkiej ziemi. Kot skręcił w lewo ku ratunkowi, który znalazł w pobliskim lesie. Zwołano psy, które pognały za nim. Las, ucieczka zwierzyny, bywa często zgubą dla psa, który w pędzie kaleczy się o drzewo, nawet zabija się czasem.
Ściemniło się porządnie, poszliśmy znowu stępa, pomknął drugi kot, ledwie dostrzegalny szary kłębek, lecz i ten, korzystając ze zmroku, umknął szczęśliwie przed psami, chroniąc się w bulwach. Wracaliśmy do domu po tym pierwszym galopie z żywo bijącym tętnem, roz¬prawiając wesoło o jutrzejszym polowaniu, badając pogodę i niebo, które zapowiadało się gwiaździście.
Pomimo pogodnego wieczoru, ranek obudził nas mglisty, mżył drobny angielski deszczyk. Konie osiodłane stały przed gankiem, zobaczyłem swego Parbleu i strzelca, trzymającego przy nim parę chartów dla mnie, serce zabiło radośnie a świat wydawał się tak pięknym, jak nigdy. Wciągnąłem na siebie burberry, które jednak wkrótce zrzuciłem, gdyż św. Hubert dał nam niebawem piękną pogodę, tak aby nic nie zmąciło tych rozkosznych chwil.
Szliśmy linią w osiem koni, cztery konie z psami poprzedzielane konnymi strzelcami i dojeżdżaczami, dość gęsto, gdyż koty, jakby poprzyklejane do mokrej gleby, nie zrywały się dopóki się na nie nie najechało. Pierwszy zerwał się przede mną, moje charty zobaczyły go, szarpnęły smycz i spuszczone, pomknęły zachęcone wesołym okrzykiem „Heć! heć!”, w paru susach za niemi. Parbleu — silny ogier parł świetnie przez podorywkę tuż za psami. Byłem zachwycony znakomitą pracą tych krótkowłosych chartów, kot wyszedł na pole oziminy — stary gracz, czując blisko psy, wywinął się mistrzowskim, chytrym susem w prawo i zyskał kilka długości, psy rozbiły się na dwie strony, lecz tu świetnym tempem wyrównały gon i dosięgły go prawie jednocześnie, przygniatając do ziemi. Gdy osadziłem idącego blisko za niemi konia, oba psy trzymały zająca w pyskach wysoko, jakby tryumfalnie, pokazując swoją zdobycz i dopiero po groźnym okrzyku „harap!” oddały go nadjeżdżającemu strzelcowi.
Następny kot dość długo szczuty przez dwie smycze, zdołał ujść do lasu, menewrując chytrze i myląc swojemi sztuczkami psy, które niejednokrotnie koziołkowały przez łeb. Przed zagajnikiem wstrzyma¬liśmy konie, na wołanie „charcia, charcia” psy ze smutnemi minami wróciły posłusznie na smycze.
Gospodarz poprowadził nas dalej, komenderując zajeżdżanie skrzyd¬łem i zajmując nowe pola. Zajęcy było poddostatkiem, lisa niestety nie spotkaliśmy, gdzieindziej widać tego dnia jadł drugie śniadanie.
Czas mijał niepostrzeżenie wraz z następnemi gonami, które można byłoby pędzić aż do nocy, tak były piękne, a każde coraz to inne, coraz ciekawsze.
Uszczuliśmy tego ranka sześć kotów, było już koło południa, konie i pieski zapracowały słusznie na swój wypoczynek, — tymczasem podjechały zaprzęgi a Pan Konrad już zapraszał do pięknie sprzężonej czwórki, —jedziemy na kaczki na stawy.—Żegnajcie mile charty... aż do następnego galopu!
W psiarni Konrada Niemojewskiego w Olesznie Kieleckim każda para lub trójka chartów miała swój oddzielny kojec z rodzajem tapczanu do spania i korytkiem na jedzenie.
W czasie polowania przestrzegano zasady, aby jeden chart nie był szczuty więcej niż 2-3 razy w ciągu dnia — była to optymalna ilość pościgów, które mogły zostać zakończone sukcesem. Po powrocie z polowania badano dokładnie łapy psów i w razie potrzeby opatrywano nawet najmniejsze skaleczenia. Następnie nacierano charty wodą ze spirytusem, co znakomicie przyspieszało regenerację mięśni. Po męczącym dniu charty miały 24 godziny odpoczynku.
Dzięki uprzejmości p. Stanisława P. Niecieckiego możemy zacyto¬wać Państwu fragment rodzinnej kroniki Kossów i Kossowici:
O polowaniu z chartami i innych sprawach.
Wspomnienia dotyczą czasów niezbyt jeszcze odległych, a mianowi¬cie okresu 1905-1910...
... tyczą się majątku Kossów Większy w powiecie radomskim...
Seniorem rodu byl wówczas Szymon P. Nieciecki, staruszek dzie-więćdziesięciu kilku lat, pełen jeszcze życia i energji, powstaniec z 1831 roku...
Należał on do pierwszorzędnych gospodarzy w całym radomskim... doskonale inwentarze, znane na całą Polskę z wystaw i pokazów rolniczych. Konie, do mniej więcej 1900 roku, oparte na czystej krwi arabach...
W niedalekich Mazowszanach gospodarował kuzyn, Wiktor Rosz-
kowski, częsty gość w Kossowie... łączyła ich wspólna namiętność — charciarstwo...
Wielką pasję Ludwika były charty, których zawsze było około dziewięciu w psiarni, trzeba przyznać, że charty pierwszorzędne... nieduże, zwinne i szybkie, gładkowłose, z lekkim piórem na ogonie i przednich łapach, maść po większej części biała w łaty, była generacja czarnych z drobnymi, białymi znakami.
Na terenie Kossowa nie wolno było zupełnie strzelać do zajęcy, zakaz ten był przestrzegany, to też zajęcy było dużo i trzymały się specjalnie zrobionych remiz, obsadzonych żarnowcem, wiecznym łubinem, świer-kami, zajęcy były naprawdę masy. Pola Kossowa przedstawiały po prostu spiżarnię... wystarczyło siąść na konia, wziąć smycz z dwóch chartów i w ciągu niemal kilkunastu minut przywoziło się jednego czy dwa zające, według zamówienia.
W bliskości remiz i zagajników nie tylko, że nie polowało się z chartami, ale unikało się przejeżdżania z psami w pobliżu.
Z początkiem jesiennego sezonu zajęczego następowała zaprawa koni i psów w codziennych prawie polowaniach. Para niedużych mierzynów kasztanowo-srokatych, tak zwanych Boczków, kończyła hańbiącą porządne konie robotę w wozie, około podwórza i domu i wracała do właściwej służby, pod dojeżdżczami. Były to typowe, z wielkim sportowym nerwem i sercem, konie myśliwskie, które w polu, przy psach rozglądały się ciekawie dookoła, upatrując zająca. Bywało, że któryś z Boczków wcześniej spostrzegł ruszonego daleko zająca niż myśliwy lub dojeżdżacz, momentalnie z miejsca ruszył pełnym tempem, czy jeździec chciał, czy nie chciał, a w zwykłym wypadku nie oczekiwał takiego zrywu.
W czasie dojeżdżania, Boczki doskonale znały swe zadania i obowią-zki. Nigdy nie wpadały na psy, a w ostatecznym momencie obrotowania zająca, niemal że bez udziału jeźdźca, z wielkim sportowym tem¬peramentem i sercem przyjmowały czynny udział w skomplikowanym umiejscowieniu, nie wpuszczeniu z terenu obrotowania i dopomożenia klapiącym przy spudłowaniu pyskom psim do wzięcia.
Należy zaznaczyć, że wbrew niektórym zdaniom nie charciarzy, zające nie były daremnie gonione i „mordowane", przy strzelaniu zdarzy się często puścić zająca lżej lub ciężej ranionego, ale przy
polowaniu z chartami istnieje tylko pewne szczucie, bez pudła, psy
puszcza się ze smyczy tylko wtedy, kiedy istnieją pewne szanse dojścia
i wzięcia zająca upatrzonego lub ruszonego, w innym wypadku, gdy na przykład blisko są zagajniki, las, w których kierunku zając pomknął lub zając ruszył zbyt daleko, psów nie puszcza się ze smyczy i poszukuje się lepszej okazji.
Przytym szczuło się tyle, ile było potrzeba, jedynie w razie pojawienia się lisa, wszystko szło na bok, robiło się wszelkie i pełne wysiłki, by kitę zdobyć.
Spiżarnia, zrozumiałe, była w sezonie zawsze solidnie zaopatrzona, po nastaniu mrozów, zapasy się zwiększały i nieraz na strychu wisiało kilkadziesiąt zajęcy, aż do nadejścia ciepła wiosennego.

 

I na koniec przypomnijmy fragment Myśliwca Bielawskiego:

 

Myśliwca obrót ostatni.
Jużem się dziś napatrzyli,
Zająców, jako kręcili,
Gdy jeden łbem z głry toczeł,
A lis go chytry przeskoczeł.

 

Owo chart niepospolity
Skok ma za łanią sowity.
Ni go dojeźrzeć po zagonie,
Wilka pozna po ogonie.

 

Ba, nie to, ale na pole
Wypadł równo, by po stole.
Bieży milcząc, nie skowyczy,
Ni dołów ni gór nie liczy.
Wieprza dotrzymał za ucho,
wpadł nań jakoby głucho:
A wieprz wrzeszczał, słyszeć było,
Patrzały me oczy miło.
owoć Kulan, ów chart stary,
Lecz owe młode poczwary
Już się dzisia zaprawiły:
Będą te dobrze goniły.

 

Pij, Wojtasie, boś zarobił,
Praweś się w polu ozdobił:
Czteryś ty ugonił sarny,
Nie trzeba ich żywić ziarny.

 

(...) Owdziem sztucznie zabieżeli:
Zając z lisem gdy bieżeli
Chrośćikiem, a tam porowa
Śliska, co od Michorowa,

Więc psów idąc nie zoczyli,
Którzy w dole w smyczy byli,
A gdy po nich Sarłat skoczeł,
Lis w górę, skoro go zoczeł.
Skóra piękna, włos chędogi,
Chrzybiet wprzód, a w czapkę nogi;
Szłyk będzie prawie od święta
Poznały Bystrzec źwierzęta.